Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje bieganie. Pokaż wszystkie posty

Mistrzostwa Polski 2015

21. Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w Lekkiej Atletyce miała miejsce w Łodzi w dniach 5-7 sierpnia. Z Małopolski wyjechała silna ekipa - prawie 30 zakwalifikowanych do najlepszych 'dwudziestoczwórek' w Polsce z przeróżnych konkurencji.
Przyjechaliśmy na ul. Lumumby już we wtorek po południu. Zakwaterowani zostaliśmy w 2-osobowych akademikach, położonych jakieś 100 metrów od stadionu i Biedronki.
Co do łódzkiego stadionu - tartan super, 'szybki' jak to się mówi i nie chropowaty. Jedyny minus taki, że całkowicie wystawiony na słońce - jak na patelni, dosłownie zero skrawka cienia czy zadaszenia... O stadionie rozgrzewkowym nie wspomnę, bo jakościowo był w porządku, ale też nagrzany, dlatego popołudniowy trening czy nawet rozgrzewka przed startem zupełnie niemożliwa. Na szczęście był tunel lekkoatletyczny - hala do rozgrzewki, gdzie było bardzo chłodno i przyjemnie.
Jak to przed zawodami - trzeba było się oszczędzać, dać nogom wypocząć i unikać przegrzania, dlatego nie zwiedziłam zbyt wiele zakamarków Łodzi - kilka ładnych świątyń, zabawne murale i 3 galerie - Łódzka, Tulipan i kolos: MANUFAKTURA - chyba największe rozrywkowo-handlowe centrum w Polsce.
W środę brałam udział w ceremonii otwarcia Mistrzostw jako jedna z 7 reprezentantów województwa. To było naprawdę niezapomniane przeżycie - zapalony znicz, hymn Polski i wciąganie flagi na maszt, przysięga zawodników i trenerów, przemówienie prezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki... Takich chwil się nie zapomina! Każde województwo przybrane w swoje barwy - my reprezentacyjnie w małopolskich koszulkach, które dostaliśmy w 'mistrzowskim pakiecie' wraz z legitymacją, kuponami na posiłki, koszulką z logo OOM 2015, koszulką 'Powiedz nie dopingowi', bransoletką 'Czysty Sport' i kosmetyczką.
Start miałam w piątek o godzinie 17.55 - wcześnie i niestety w pełnym słońcu, ale no cóż, trzeba biegać w każdych warunkach. Puścili nas w 2 seriach - ja startowałam w pierwszej. Na listach kwalifikacyjnych byłam 18. z czasem 10:50.89, dlatego moim realnym celem było znaleźć się w pierwszej dwunastce. Po bardzo ciężkim biegu udało mi się zdobyć 4 pozycję w swojej serii i ostatecznie zajęłam 10 miejsce w Polsce z nową życiówką 10:44.64. Jest to dla mnie duży sukces. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali i trzymali kciuki - zwłaszcza rodzinie, trenerom i kolegom z klubu. Sama na pewno bym tak daleko nie zaszła!!!
Tradycyjnie garść zdjęć z Łodzi i stadionu oraz link do oficjalnych wyników: tutaj.














Czasami

Minuty. Sekundy. Godziny. Lata. Setne sekundy.
Zastanawialiście się kiedyś nad upływem czasu? Niekiedy ciągnie się w nieskończoność - na przykład, gdy się biega na bieżni elektrycznej. Wytrzymać godzinę na tym samym tempie, wpatrując się wciąż w tę samą pustą ścianę, to naprawdę nie lada wyzwanie i kto choć raz biegał bez słuchawek czy telewizorka, ten wie, o czym mówię! Albo samotne wybieganie na stadionie. 12 km, czyli godzina, 30 kółek... Można oszaleć, prawda?

Moje porady, jak zabić ten czas:

  • biegać ze słuchawkami - radio, muzyka, audiobook - obojętnie co, byle do Ciebie mówiło i pozwalało odwrócić myśli od biegania!
  • odliczać pozostałe kilometry/minuty - byle nigdy nie te minione, to tylko pogarsza sprawę!
  • biegać w towarzystwie - warunek jest jednak taki, że musicie mieć podobne tempo, a trening nie może zamienić się w towarzyską pogawędkę! 
  • utonąć w jakiś myślach - planujesz wakacje, imprezę urodzinową? Masz idealną okazję, żeby obmyślić wszystko od początku do końca, a nawet z powrotem!

Czasem zaś jest zupełnie odwrotnie. Ciężko znaleźć nam chwilę na trening pośród codziennych obowiązków, chcielibyśmy, by doba trwała 30 godzin. Niekiedy każda sekunda jest taka cenna. Wystarczy spojrzeć na sprinterów. Znam przypadki, kiedy to 1 setna sekundy decyduje o występie na Mistrzostwach Polski, Europy czy Świata. Wyobrażacie sobie?! Co to jest jedna setna?! Nawet mrugnięcie okiem trwa dłużej (ok. 1/4 sekundy).
Biegacze cenią czas i każdą setną sekundy. Ja też nauczyłam się już ważyć nawet te najkrótsze momenty, bo wiem jak istotne potrafią być. Przekonałam się o tym kolejny raz...
Strona lozla.pl opublikowała wreszcie wyniki z niedzielnych zawodów. Jestem zadowolona - zrobiłam życiówkę i złamałam piątkę (oprócz tego mój osobisty sukces - pobiłam rekord kolegi, na czym zależało mi najbardziej! Pozdrowienia, Bartłomieju. :)).

Nowy czas: 4:57.89

Wszystko super, cudownie, ale, oczywiście, zawsze musi być jakieś ALE... Po cichu marzyłam o tym, by zrobić 3 klasę także na dystans 1500 m (o moich przygodach z 3 klasą na 3000 m możecie przeczytać tutaj i tutaj). Okazało się, że zabrakło mi 39 setnych sekundy! Boże, ile to jest?! 2 mrugnięcia?! No cóż, to przykre, ale nie załamuję się, bo znam swoją wartość i swoje możliwości. Wiem, że jestem w stanie poprawić ten czas i mam nadzieję, że już we wrześniu uda mi się osiągnąć 3 klasę. :)

A tak a propo czasu... mam nowy zegarek do biegania! XONIX 100M



Marzenia się spełniają

Ostatnie zawody w tym roku szkolnym. Podsumowanie sezonu, miał być dobry wynik tak na zakończenie, na miły finisz. Bieg był wprost wybłagany, bo Beskidianathletic to coroczna impreza organizowana już po raz 14 w Bielsku-Białej, więc jej program był od dawna ustalony. Ale nie ma rzeczy niemożliwych! Wystarczyło kilka maili, parę telefonów i udało się - pobiegłyśmy na 3 km.



Strasznie się cieszyłam, bo nie chciałam przez całe wakacje kisić się z czasem 11:05.70 i pluć sobie w brodę, że tak mało mi zabrakło do tej trzeciej klasy. Bieg miał być więc dla mnie "wyzwoleniem", ale także dużym wyzwaniem. Trener nie ukrywał, że mam dać z siebie więcej niż wszystko, jeśli chcę w ogóle myśleć o OOM-ach. Jego cel: zrobić czas 10:48. Jak dla mnie - nierealne! Ledwie miesiąc temu biegałam ten dystans w 11:28, tydzień temu zjechałam do 11:05, a teraz miałam urwać kolejne 17 sekund?! Pogoda była idealna - lekki chłód, ale bez deszczu.
Zawody uczą cierpliwości i radzenia sobie z własnymi emocjami, zwłaszcza, jeśli jesteś długodystansowcem. Biegi najdłuższe z reguły odbywają się na samym końcu, dlatego od godziny 10 tkwiłam na śląskim stadionie "Wapienica", podczas gdy bieg miałam dopiero o 18.30... Te godziny oczekiwania to najmniej płodny czas w życiu sportowca, bo wtedy po prostu nie da się nic zrobić. Stres zżera Cię tak, że nie jesteś w stanie spokojnie czytać książki, nie możesz zajadać go przekąskami, bo dieta w dniu zawodów to sprawa święta i ustalona wręcz co do minuty, nie wolno Ci też zbyt wiele się ruszać, żeby nie tracić niepotrzebnie sił i standardowo - nogi w górę!


No, ale do rzeczy... Zawody były prestiżową, międzynarodową imprezą - startowali zawodnicy z Austrii, Niemiec, Białorusi, a nawet z Włoch czy Serbii. Trener ostrzegał mnie, że bieg będzie naprawdę dobry, bo jedna zawodniczka chce wyrobić sobie minimum na Mistrzostwa Świata Juniorów Młodszych, czyli przebiec 3 km w... 9.40! Ja miałam na nią nie patrzeć, ale trzymać się swoich rywalek i po prostu wypruć się na śmierć.
W końcu wystartowaliśmy. Biegi długodystansowe są ciężkie, bo masz zbyt wiele czasu na myślenie. 7 i pół kółka ciągnie się w nieskończoność i już przy 3 okrążeniu masz ochotę zejść z trasy i poddać się. Ale trzeba znaleźć jakiś punkt zaczepienia, wejść w trans i biec, po prostu biec, nie zastanawiając się nad niczym. Boże, jak wiele dają wtedy okrzyki publiczności i dosłyszane gdzieś tam rady trenera. "Nie puszczaj jej... trzymaj się za nią... wydłuż krok... mocniej ręce... wyżej kolano..."
No i dobiegłam. Jasne, że chciałam się poddać. Jasne, że nie miałam siły ani ochoty. Bo po co się tak męczyć? I to z własnej woli. Ale nie dziś. Ostatnio odpuściłam i nie mogłam sobie tego wybaczyć. Dziś musiałam dać z siebie 200%.

Rezultat?
10:50.89!!!


Nie wierzyłam. Po prostu nie wierzyłam. Mam super życiówkę. Mam trzecią klasę. Mam szansę na start w Mistrzostwach Polski. Mam po prostu szczęście! :)

Relacja wprost po biegu (jeszcze lekko zdyszana :D):

Tak blisko trzeciej klasy

Przegrywać też trzeba umieć. I wydaje mi się, że w sporcie to jest ważniejsze niż umieć wygrywać. I niestety... trudniejsze. Ale jakie przegrane są najcięższe? Wiadomo, czwarte miejsce zawsze boli, wiedząc, że było się tak blisko medalu. Bolą minimalne przegrane - wiedzą o tym zwłaszcza sprinterzy, kiedy o awansie na mistrzostwa decydują setne sekundy. Boli, gdy pokonuje Cię Twój największy rywal, a jakże boli kiedy to przegrywasz niesprawiedliwie. Ale chyba największy ból sprawiają przegrane z samym sobą. Te są najcięższe, bo wina leży zawsze po tej samej stronie. Trudno się z nimi pogodzić i zawsze po starcie pojawia się myśl: mogłem jeszcze przycisnąć, mogłem to pobiec lepiej…


Takie dni są trudne, ale zdarzają się u każdego sportowca. Na pocieszenie powiem Wam, że właśnie dziś taki mam. Wczoraj odbył się na stadionie przy AWF-ie 9. Otwarty Puchar Krakowa w Lekkiej Atletyce. Startowałam w mojej koronnej konkurencji - 3 km. Cel był jasny, zrobić życiówkę, trzecią klasę, minimum na OOMy no i tym samym zakręcić się w okolicach 11:00 albo i lepiej. Dałam z siebie wszystko. Jaki wynik? 11:05.70. Byłabym z niego bardzo zadowolona, bo mój ostatni czas na ten dystans wynosił 11:28.21, ale... Ale zaraz potem dowiedziałam się, że 3 klasa jest od 11:05.00. Niecała sekunda. 70 setnych. I nagle tysiąc myśli i wyrzutów, że przecież mogłam to pobiec szybciej, że nie dałam z siebie maksimum możliwości, że tak mało brakło… Taki wynik boli. I po prostu jest smutno. Ale w lekkiej atletyce najpiękniejsze jest to, że zawsze są kolejne zawody, a życiówki są po to, by je wciąż podbijać! :)

Trzymajcie tu relacje z zawodów: 
(polecam 03:56:41 -> 04:11:06)

Koniec szkolnych zawodów

Trochę się łezka kręci w oku.. Haha, nie no, bez przesady. Tak, dzisiaj były moje ostatnie gimnazjalne zawody - Małopolska Gimnazjada Młodzieży w szkolnej drużynowej lidze LA w Krakowie. Rezultaty: 600 metrów - 1.51, sztafeta szwedzka (400) - 2.45. Czasy słabe, ale mam wyjaśnienia!!!

Ten dzisiejszy dzień to w ogóle był szalony. Miałam nie jechać na te zawody, bo jestem bardzo kontuzjowana (dwugłowy nie pozwala mi w ogóle biegać, boli jak cholerka :<). Odpuszczam w tym tygodniu treningi i leczę się zabiegami u mojej najukochańszej mamy fizjoterapeutki (laser, lampa Sollux, pole magnetyczne, ultradźwięki), żeby wypocząć do soboty - ostatni start przed OOM! A więc plan był taki, że jadę rano z mamą na rehabilitację, miałam tylko podskoczyć na zbiórkę i przekazać Pani od Wf-u, że na zawody nie jadę. Taki był plan... Ale jak zaczęłam tłumaczyć, że naprawdę bardzo mnie boli noga i dlatego odpuszczam, to Pani zaczęła płakać. Kurde, tyle lat już próbowały dostać się tą drużynówkę na finał wojewódzki i wreszcie się udało, a tu okazuje się, że wystawiam je ja i 2 inne dziewczyny nie przyszły. Patrzyło na mnie 12 smutnych twarzy - pełnych nadziei, chęci walki i zaangażowania. A ja bezczelnie wsadziłam tyłek do auta i odjechałam. Ale sumienie nie dałoby mi żyć, gdybym po kilku minutach nie kazała mamie zawracać. Wpadłam do domu, chwyciłam szybko strój i buty, no i dzwonię do dziewczyn, że jednak jadę. Oni są już w drodze i niczym w filmie akcji moja mama urządza szaleńczy pościg BMW za szkolnym busem. Doganiamy ich.  "Drużyny się nie zostawia" - mówię do Pani i to załatwia wszystko.

Nieważne, że teraz mój dwugłowy umiera. Nieważne, że odezwało się kolano po artroskopii. Nie mogłam ich zostawić. Nie mogłam ich zawieźć. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Lekkoatletyka jest piękna.

Wow wow wow, trochę stare to zdjęcie, ale mam do niego sentyment. Ekipa podobna do dzisiaj, a w tle kochany AWF. Wspomnienia zostaną na zawsze! <3

Mistrzostwa Polski w Wielobojach

Tak jak obiecałam, przygotowałam dla Was relacje z sobotnich MPJiS w wielobojach. Dla ignorantów: wieloboje to zawody, które składają się z kilku konkurencji lekkoatletycznych: dla kobiet 7 (siedmiobój), a dla mężczyzn 10 (dziesięciobój). Zmagania trwają przez 2 dni. Za każdą konkurencję przyznawane są zawodnikowi punkty, których ilość jest zależna od uzyskanego rezultatu. Zwycięzcą jest osoba, której udało się zebrać najwyższy wynik. Proste, prawda? :)

Zawody te rozpoczęły się o godz. 10.45 na stadionie AWF-u w Krakowie konkurencją biegu na 100 metrów mężczyzn. Najszybciej setkę pokonał Paweł Wiesiołek (11.15), zaraz po nim sklasyfikowani zostali Rafał Abramowski z rezultatem 11.28 i Paweł Basałygo (11.33).
Niedługo potem rozpoczął się bieg kobiet na 100 metrów przez płotki. Ten wyścig udało się wygrać Izabeli Mikołajczyk z czasem 14.05. Drugie miejsce zajęła Magdalena Sochoń (14.07), a trzecie Klaudia Muchlada (14.60).
O godzinie 11.45 rozpoczęła się konkurencja skoku w dal mężczyzn. Warunki były sprzyjające, dlatego zawodnikom udało się osiągnąć wysokie rezultaty: Karol Ciesielski - 7.05, Rafał Abramowski - 6.86, Paweł Basałygo - 6.80.
W tym samym czasie miały miejsce zmagania kobiet w skoku wzwyż. Tu znów bezkonkurencyjna okazała się Izabela Mikołajczyk, która jako jedyna pokonała wysokość 1.84 m. Zaraz za nią sklasyfikowane zostały Marlena Maj i Karolina Konkel, pokonując poprzeczkę odpowiednio na wysokościach 1.72 i 1.66 m.
Następnie panowie przerzucili się na kulę. Najdalej udało się pchnąć Karolowi Ciesielskiemu (13.89), Michałowi Krawczykowi (13.66) i Rafałowi Abramowskiemu (13.35).
Po tych konkurencjach zawodnicy mieli kilkugodzinną przerwę, by zregenerować siły i zjeść obiad. Dalsze zmagania rozpoczęły się o godzinie 16.45, zaraz po uroczystym otwarciu mistrzostw.
Kobiety rozpoczęły rywalizację w pchnięciu kulą, gdzie w czołówce znów pojawiły się te same zawodniczki. Klaudia Muchlada osiągnęła rezultat 12.68 m, Magdalena Sochoń 12.17 m, a Izabela Mikołajczyk 11,84 m.
Panowie w tym czasie konkurowali ze sobą w skoku wzwyż. Barierę 2 metrów udało się przełamać tylko Pawłowi Wiesiołkowi, który przeskoczył wysokość 2.04 m oraz Mateuszowi Chmielińskiemu (2.01). Karol Ciesielski zajął miejsce 3, pokonując poprzeczkę na wysokości 1.98 m.
Ostatnią konkurencją tego dnia dla kobiet był bieg na 200 metrów. Najszybsza okazała się Magdalena Sochoń (24.84), a zaraz za nią na metę przybiegły Izabela Mikołajczyk (25.02) i Marika Marlicka (26.09).
Mężczyźni zaś zakończyli sobotnią rywalizację biegiem na 400 metrów. Tutaj bezkonkurencyjny okazał się znów Paweł Wiesiołek, pokonując ten dystans w 49.54 s. Drugie miejsce zajął Krzysztof Miara (50.61),a trzecie Paweł Basałygo (51.16).



To jeszcze nie koniec zawodów - druga część zmagań miała miejsce drugiego dnia, w niedzielę. Niestety, tego dnia już nie byłam obecna na mistrzostwach, jednak specjalnie dla Was śledziłam aktualne wyniki. I tak:
W konkurencji 110 m przez płotki mężczyzn najszybszy okazał się Paweł Wiesiołek (14.65). Wygrał on także konkurs w rzucie dyskiem rezultatem 44.92. O godzinie 13 miała miejsce najbardziej widowiskowa część zawodów - skok o tyczce. Tu bezkonkurencyjny okazał się znów Paweł Wiesiołek, jako jedyny pokonując wysokość 4.60 m.Po południu panowie zmagali się także w rzucie oszczepem, gdzie najlepszy rezultat znów należał do tego samego zawodnika - Paweł rzucił na odległość 55.85 m. Ostatnią konkurencją dziesięcioboju był bieg długodystansowy na 1500 metrów. Na metę pierwszy dobiegł Szymon Nadarzyński, zostawiając kolegów w znacznym tyle i uzyskując czas: 4:26.10. Tym biegiem zakończyły się wieloboje mężczyzn. Mistrzem Polski Seniorów w Wielobojach został ponownie Paweł Wiesiołek z klubu KS Warszawianka, uzyskując 7657 punktów. Na drugim miejscu uplasował się Michał Krawczyk, zaś brąz przypadł Krzysztofowi Miara.

W zmaganiach pań wyniki przedstawiają się następująco:

W skoku w dal najlepszy wynik osiągnęła Magdalena Sochoń (6.23). Następnie odbyła się konkurencja rzutu oszczepem, gdzie najlepsza okazała się Klaudia Muchlada, posyłając oszczep na odległość 41.33  m. Kobiety zakończyły rywalizację biegiem na 800 metrów. 2 okrążenia stadionu udało się przebiec najszybciej Magdalenie Sochoń (2:10.25) i to ona zdobyła ostatecznie tytuł Wicemistrzyni Polski Seniorów w Wielobojach, pokonując Klaudię Muchladę. Złoto przypadło Izabeli Mikołajczyk z klubu KS Warszawianka, która zdobyła łącznie 5823 punkty.


W sobotę w trakcie MPJiS miał miejsce także Mityng Lekkoatletyczny "I ty możesz zostać mistrzem". Wzięłam w nim udział, by poprawić swoją życiówkę na 1500 metrów i tym samym zawalczyć o minimy w tej konkurencji na OOM-y. Niestety, warunki były fatalne do biegów długodystansowych! Na całym stadionie ciężko były znaleźć choćby skrawek cienia, a pot wprost zalewał nam oczy. Nie był to dobry dzień na ustanawianie rekordów życiowych, dlatego też nie udało mi się zejść poniżej 5 minut, tak jak o tym marzyłam. Zakończyłam bieg z rezultatem 5:05. Pozostaje mi więc wierzyć, że uzyskam awans w konkurencji 3000 m i to właśnie na ten dystans pobiegnę w sierpniu w Łodzi. :)

Rodzinnie - aktywnie

Czy wspólnie spędzany z rodziną czas musi się ograniczać do biernego wypoczynku? Dlaczego coraz więcej ojców woli obejrzeć z synem mecz w telewizji niż wziąć go na boisko i razem pokopać? Lub nawet zabrać go na mecz ulubionej drużyny i wspólnie pokibicować na stadionie. Tak niewiele potrzeba, by wspólne popołudnie zamieniło się w mile spędzony czas. A aktywność fizyczna powoduje wytwarzanie endorfin, czyli hormonów szczęścia, dlatego każdy aktywnie spędzony czas obfituje w radosne doświadczenia. Dodatkowo jest to okazja do poprawienia swojej kondycji i zrzucenia zbędnych kilogramów. Poprzez sport poznaje się mnóstwo nowych ludzi - takich samych zapaleńców jak Ty, a także odwiedzasz nowe miejsca. Ja osobiście zwiedziłam chyba każdy możliwy zakątek krakowskiego AWF-u i szereg śląskich stadionów. Haha :)
A tak na poważnie, to najlepszą okazją do poznania nowych zakątków jest udział w maratonie, rajdzie górskim czy wyścigu kolarskich - niesamowite scenerie, mnóstwo zapierających dech w piersiach widoków...
Dlaczego jeszcze warto uprawiać sport? Bo to okazja do zakupów! :) Bieganie to wymówka jak znalazł do zakupu nowych butów, bluzy czy topu. Wspinaczka górska - to może nowy plecak czy kurtka? Nie bój się siebie rozpieszczać, zwłaszcza jeśli na nagrodę zasłużyłaś dobrym wynikiem czy wytrwałością i systematycznością w treningach. Taki system może być znakomitym sposobem na motywację - nie opuścisz żadnego dnia na siłowni, jeżeli wiesz, że w nagrodę czekają Cię zakupy. :)
Przekonaj swoją rodzinę do aktywnego wypoczynku, wyróbcie sobie nawyki i tradycje np. niedzielnych wypadów w góry czy basenowych czwartków. Razem łatwiej jest dbać o systematyczność i raźniej pokonywać żmudne kilometry.
Ja dzisiaj wybrałam się na wieczorny trening z siostrami. One biegiem, a ja mentalnie truchtam z nimi, jednak w praktyce ciągnę się gdzieś w tyle z kijkami nordic-walking. Taki urok zawodowego uprawiania lekkoatletyki - biegasz tylko wtedy, kiedy masz dzień treningowy, bo co za dużo to niezdrowo i o przetrenowanie nie trudno. Zwłaszcza, gdy jesteś w sezonie startowym i, tak jak w moim przypadku, za dwa dni czekają Cię ważne zawody. Do tego dochodzi jeszcze drobna kontuzja mięśnia dwugłowego i w ten oto sposób mam 2 dni pauzowania, wypoczywania i zbierania w sobie wszystkich sił na mocny i dobry start w sobotę. Trzymajcie kciuki!!!

Biegi przełajowe

3 czerwca na miejskim stadionie w Rabce-Zdroju odbyły się biegi przełajowe. Startować mogli w nich uczniowie ze szkół podstawowych, gimnazjów i liceów z okolicznych miejscowości. Niestety, ze smutkiem zauważam, że z roku na rok zawody te cieszą się coraz mniejszą popularnością. Gdy startowałam w nich w podstawówce, to konkurencja liczyła ponad 40 osób, a co było wczoraj? Z mojego rocznika wystartowały 4 dziewczyny. Przecież to śmieszne! Dlaczego ludzie tak boją się biegać? I dlaczego wystrzegają się jak ognia dystansów dłuższych niż jedno okrążenie stadionu? Dla mnie, typowego "długasa", to nie do pojęcia. Ja sama ubolewam, że przełajowy dystans w Rabce to nędzne 1000 metrów, a dziewczyny jeszcze narzekają, że tak dużo...
No, ale do rzeczy. Zawody odbyły się przy przepięknej aurze - było ok. 25 stopni i bezchmurne niebo. Jak dla mnie - bomba, można się opalić! :) Wystartowałam w różowym topie z H&M, spodenkach firmy Domyos i butach Nike Dart 10.


Dystans nie jest dokładnie wyliczony - jak to zwykle w biegach przełajowych - szacuję go tak na 800/1000 metrów. Czas, jaki sobie zmierzyłam, miałam dosyć słaby (4:10), ale tego typu zawodów nie biega się dla czasu, ale tylko dla miejsca, bo sędziowie sami nie dokonują tu nawet pomiaru.
Biegłam dosyć wolno, bo mam problem z dwugłowym i jestem sklejona tape'ami, a w sobotę ważne zawody, dlatego ten środowy bieg traktowałam jako "przebieżkę".


Wolę się nie nabawić jeszcze większej kontuzji podczas zwykłych szkolnych biegów, kiedy walczę o minimy na Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży (OOM). Jednak zawsze to miło zdobyć kolejny medal do kolekcji i bon do sklepów sportowych "Koperniak" na 60 zł. Zwłaszcza, że do przełajów mam spory sentyment... Były to biegi, od których zaczęłam swoją przygodę z bieganiem, i wygląda na to, że na nich także zakończyłam karierę rabczańskiej biegaczki. Jest to bowiem mój ostatni rok w gimnazjum, a tym samym ostatni rok w Rabce, a przełaje to zawody kończące rabczański sezon lekkoatletyczny. Dlatego mogę z dumą powiedzieć, że odchodzę jako mistrz i z sentymentem podsumować minione zawody, w których brałam udział od 4 klasy podstawówki...



Tak wyglądała moja przygoda z rabczańskimi przełajami przez 6 lat:

4 klasa:
- wrzesień 2009 - 17 miejsce
- czerwiec 2010 - 6 miejsce

5 klasa:
- wrzesień 2010 - 4 miejsce
- czerwiec 2011 - 1 miejsce

6 klasa:
- wrzesień 2011 - 4 miejsce
- czerwiec 2012 - nie dałam rady wystartować

1 klasa:
- wrzesień 2012 - 3 miejsce
- czerwiec 2013 - 3 miejsce

2 klasa:
- wrzesień 2013 - 1 miejsce
- czerwiec 2014 - 1 miejsce

3 klasa:
- wrzesień 2014 - 1 miejsce
- czerwiec 2015 - 1 miejsce

Kolaż: zdjęcia z 2013 i 2014 roku

I garść fotek z najnowszych przełajów (źródło: rabka.pl):



Uraz łąkotki u biegacza

Cześć!
Może kilka słów dziś o kontuzjach?
Więc zacznę od mojej ostatniej... dotychczas najbardziej poważnej, bo w karierze biegacza wszelkie naderwania, skręcenia, przeciążenia i zakwasy to codzienność.

Dokładnie 17 marca zaczęłam jak zawsze swój trening. Ok, może nie do końca jak zawsze, bo tego dnia miałam dosyć napięty grafik i chciałam odpalić ten trening jak najszybciej. To był wtorek - we wtorki zwykle mam siłownię i wybieganie, a gdy zaczyna się już sezon ciepły "stadionowy", to trening mam normalny - biegowy. Tego dnia trener polecił mi zrobić 3x1000 metrów. Wyszłam więc z domu i zaczęłam truchtać na rozgrzewkę, następnie miałam w planach porozciągać się, zrobić serię skipów i przyspieszeń, no i przejść do właściwego treningu. Sądziłam, że wyrobię się w godzinę, a trening skończyłam po... 3 minutach. Bo mniej więcej tyle czasu minęło odkąd zaczęłam truchtać i poczułam nagle silny ból w kolanie. Był dziwny, takiego nigdy jeszcze nie czułam przy nadwyrężeniu czy przeciążeniu mięśnia. Zastanawiałam się chwilę nad jego przyczyną i stwierdziłam, że może to, dlatego że siedziałam dłuższy czas na tej nodze (głupi nawyk...). Z zasady jestem osobą upartą i biegnę dalej, mimo że boli, ale tym razem musiałam odpuścić, bo bolało mnie nawet przy zwykłym marszu. Ale czy to już pierwszy raz coś się "zepsuło" w nodze? Nie przyłożyłam zbyt wielkiej wagi do tego wydarzenia i po prostu wtorkowy trening odpuściłam.
W czwartek nie przyznałam się na treningu, że mam małą kontuzję. Sądziłam, że przejdzie i ćwiczyłam normalnie. W zasadzie to ból nie był nie do zniesienia, dlatego w sobotę biegałam serię biegów po 2 km, a ból, owszem, pojawiał się, ale tylko przy truchtaniu i skipach. W sprincie wszystko było w jak najlepszym porządku, nie czułam żadnego dyskomfortu. Dlatego też w poniedziałek udałam się normalnie na trening. Noga trochę bolała, ale nie odpuściłam. Z zaciśniętymi zębami biegałam dalej. We wtorek jednak przebrała się miarka...
Trening na stadionie był powyżej moich możliwości. Po kilku okrążeniach rozgrzewki czułam spory dyskomfort w kolanie, a przy skipach ból był już po prostu nie do zniesienia. Ze łzami, które mimowolnie cisnęły się z bólu do oczu, musiałam zejść z bieżni. Już wtedy czułam, że przeholowałam. Miałam duży problem nawet z dojściem do domu. Tam straciłam już zupełnie panowanie nad sobą - po prostu płakałam z bólu. Było źle do tego stopnia, że tata zawiózł mnie do szpitala. Po półtorej godzinie biurokracji (witamy w Polsce...) wreszcie przyjął mnie lekarz, przepisał tabletki przeciwbólowe i wysłał do ortopedy. Terminy? Na maj. Po prostu bosko, zwłaszcza, że w najbliższą sobotę miałam startować w zawodach. Czwartkowy trening niestety trzeba było odpuścić, cud, że w ogóle wystartowałam w sobotę i zdobyłam złoty medal...
Co było najgorsze? Że nikt nie wiedział, co jest z moją nogą. Czy to mięsień, czy kość, czy staw? Czy to grzać, czy chłodzić? Czym smarować?
Przez kilka tygodni nie pomagały maści, żele, okłady - nie mogłam nawet chodzić po schodach. Bolało mnie przy większości ruchów, a najbardziej przykre było to, że musiałam odpuścić treningi...
Wreszcie nadszedł znamienny dzień - 3 kwietnia (Wielki Piątek)... Przypadkiem dowiedziałam się, że ojciec mojego kolegi jest ortopedą i opowiedziałam mu o swojej kontuzji nie śmiąc prosić o nic więcej niż tylko sugestię, co to może być i jak to leczyć domowymi sposobami. Nie wiem jakim cudem, ale ten pan zgodził się mnie przyjąć w swoim prywatnym gabinecie - nieważne, że były to święta, nieważne, że nie miałam pieniędzy, skierowania ani skończonych 18 lat. To był po prostu wielkanocny cud! :)
Zrobiono mi tam USG i... poznałam swój wyrok. Łąkotka. Jeszcze nie wiedziałam, na ile jest to poważny uraz, ale lekarz nie miał zbyt wesołej miny. Pokazywał mi coś na zdjęciach mojego kolana, ale nie za bardzo orientowałam się w tym, co mówi. Dla mnie istotne było tylko jedno - kiedy? Kiedy będę mogła znów biegać? Lekarz powiedział, że na razie bezwzględnie odradza mi wszelki intensywny wysiłek na tą nogę, bo to tylko nasili ból. Powiedział, że tabletki i fizjoterapia pomogą znieczulić tą nogę i wyeliminować ból, jednak uszkodzenie można całkowicie wyeliminować tylko poprzez artroskopię.


I wtedy się zaczęło... Istny świąteczny maraton przeglądania w internecie stron o uszkodzeniach łąkotki, artroskopii itd. Niektóre artykuły pocieszały mnie, ale większość skazywała mnie na sporą pauzę w treningach. To były smutne święta.
Na szczęście mogłam liczyć na szybką pomoc specjalisty - mojej ukochanej mamy, fizjoterapeutki. Przez tydzień miałam w domu prywatny szpital - codziennie ultradźwięki, jonoforeza, prądy, laser i jednorazowo pole magnetyczne. Do tego mnóstwo maści i cała paczka glukozaminy.


Efekt? Przynajmniej nie bolało, jednak o bieganiu na treningach mogłam póki co zapomnieć... Co nie zmienia faktu, że na zawody jeździłam - czasem legalnie (rodzice z ciężkim sercem ulegali moim błaganiom), a czasem mniej legalnie ("tak, tak, jadę tylko kibicować").
Wreszcie po kilku tygodniach zupełnego dołka psychicznego zaświeciło się dla mnie światełko w tunelu. Udało mi się załatwić wizytę u ortopedy w moim miejskim szpitalu i oto, co usłyszałam: artroskopia, bez dwóch zdań. Pytanie tylko: Kiedy?
Termin na 11 maja, czyli za miesiąc, więc nie tak źle. Od tamtej chwili już tylko odliczałam dni do daty "zbawienia" mojego kolana. W międzyczasie, o dziwo, zaczęło być z moją nogą coraz lepiej. Wróciłam do treningów, zaczęłam znów biegać, jeździć na zawody... Aż nadszedł 10 maja - to była niedziela. Wieczorem przyjęli mnie na oddział, założyli wenflon i pobrali krew do badań. Artroskopię miałam mieć na drugi dzień nie wcześniej niż o godzinie 12. W międzyczasie nie mogłam nic jeść, podawano mi za to kroplówki - w sumie dostałam ich 9. Zabieg rozpoczął się o godzinie 15. Najpierw długie przygotowanie anestezjologiczne. Miałam do wyboru znieczulenie ogólne (narkoza) lub miejscowe (dolędźwiowe). Wybrałam to drugie, bo było mniejszą ingerencją w organizm, mniej się go obawiałam i poza tym dawało mi możliwość śledzenia przebiegu operacji, której to byłam bardzo ciekawa.


Zastrzyk dostałam w kręgosłup zaraz po licznych przygotowaniach - ubrano mnie w operacyjny strój, podłączono do EKG serca, ciśnieniomierza i nowej kroplówki. Moment nakłucia w ogóle mnie nie bolał. Igła była cieńsza niż ta, którą nakłuwano mnie poprzedniego dnia do wenflonu.
Uczucie tracenia czucia w nodze było genialne. Poczułam niezwykłe ciepło w całej kończynie i próbowałam poruszać stopą. Z każdą chwilą stawało się to coraz trudniejsze, aż w końcu niemożliwe. Wprost nie wierzyłam własnym zmysłom - nie byłam w stanie unieść nogi. Gdy dotknęłam dłonią swojego uda, nie byłam w stanie stwierdzić, czy to na pewno moja kończyna. Była w dotyku dziwnie lepka i glutowata, niczym kluski lub inna papka, a przy tym bardzo gorąca. Potem przewieźli mnie na salę operacyjną i przerzucili na stół operacyjny, następnie jak w więzieniu przymocowali moje rozpostarte ramiona skórzanymi paskami na kształt krzyża.
Operacje mogłam obserwować na monitorze, gdzie wyświetlane było wnętrze mojego kolana, dzięki mini-kamerce, którą chirurg wprowadził pod skórę. Następnie mini-narzędziami "naprawiał" moją łąkotkę. Uciął kawałek, co precyzyjnie nazywało się "shavingiem". Cały zabieg trwał krótko, gdyż uszkodzenie było niewielkie. Po operacji słabo się czułam. Bolała mnie głowa i miałam mdłości, dlatego przez dłuższy czas leżałam i dochodziłam do siebie pod okiem anestezjologa. Do tego było mi niesamowicie zimno - do tego stopnia, że przykryto mnie elektrycznym kocem! Poważnie, koc na prąd.
Do kolana przypięty miałam dren, którym ściekać miała płyn z wnętrza mojej rzepki. Wieczór minął mi dobrze - znieczulenie działało jeszcze przez parę godzin, dlatego w ogóle nie czułam bólu. Miałam, niestety, także zdrętwiały brzuch, więc mimo głodu nie byłam w stanie nic jeść. Ponad dobę, bo ostatnim posiłkiem, jaki pozwolono mi zjeść, była kolacja poprzedniego dnia.
Prawdziwy koszmar zaczął się w nocy. Znieczulenie przestało działać, a noga zaczęła bardzo boleć. Każdy, nawet najbardziej delikatny ruch doprowadzał mnie do rozpaczy, nie mogłam nawet drgnąć nogą. Nie byłam w stanie iść do łazienki...
Prawie cała noc minęła mi bezsennie. Nie potrafię spać na plecach, a ból nie pozwalał mi zmienić pozycji nawet o centymetr, dlatego oprócz nogi bolały mnie już także plecy. Niby dostałam od pielęgniarek kroplówkę z Ketonalem, ale nic mi to nie dało. Wreszcie zdecydowałam, że wolę zasnąć mimo wszystko, dlatego przerzuciłam się na bok. Myślałam, że umrę z bólu, ale po kilkunastu minutach uspokoiłam się i na chwilę zasnęłam. Budziłam się kilkakrotnie i wciąż delikatnie starałam się zmienić pozycję. Wreszcie po raz ostatni zbudziłam się po 4 nad ranem i już nie zmrużyłam oka.
Rano z pomocą mamy udało mi się wstać i od tamtej pory było już tylko lepiej. Nauczyłam się sama przy pomocy kul chodzić do toalety, a w południe przyszli do mnie rehabilitanci, ucząc chodzić po schodach. Kilka godzin później odcięto mi dren i dostałam wypis do domu. Zalecenia? Przez 10 dni zastrzyki w brzuch i za dwa tygodnie do kontroli, wyciągnąć szwy.



Pierwsze dni w domu były nie do zniesienia. Ja, przyzwyczajona do ciągłego życia w biegu (dosłownie :)), miałam od rana do nocy leżeć i nic nie robić?! Koszmar! Jednak lepsze to niż leżenie w szpitalu, dlatego i tak byłam zadowolona. Oczywiście, podstawą były ćwiczenia. Wykonywałam je najczęściej przy użyciu gumowej piłki - spięcia łydki, mięśnia dwugłowego, czworogłowego...


Chodzić bez kuli zaczęłam tydzień po wyjściu ze szpitala - we wtorek. W sobotę spróbowałam już przebiec kilkaset metrów, a w niedzielę nawet chwilę potruchtać. Kolejnego dnia w poniedziałek wyciągnięto mi szwy i usłyszałam dobrą nowinę - mogę wrócić do treningów i to dosyć szybko. Lekarz zalecił mi szczególnie rower i basen, a bieganie? - stopniowo zwiększać intensywność. Radę wzięłam sobie do serca i... już tego samego dnia byłam na treningu! Oprócz tego lekarz przepisał mi jeszcze receptę na Arthron Complex ze względu na miękkość mojej chrząstki.
Czyli... cała historia skończyła się dosyć szczęśliwie! Już kilka dni później (w sobotę) pojechałam na zawody, zdobywając Vice-Mistrzostwo Województwa. Kolano jeszcze czasem pobolewa, aczkolwiek minął dopiero tydzień, więc to raczej normalne. Cieszę się, że już po wszystkim i póki co buduję na nowo formę!!! A po zabiegu mam nadzieję, że pozostanie tylko blizna.. :)



Sosnowiec

Zastanawiałam się długo od czego zacząć mojego bloga i stwierdziłam, że na pierwszy ogień rzucę Wam... siebie. Nie żadne porady, wymądrzanie się, moje plany, efekty... Po prostu ja biegająca na zawodach.

Zawody odbyły się 1 maja br. w Sosnowcu na stadionie klubu MKS MOS Płomień. Był to Mityng rozpoczęcia sezonu organizowany przez Śląski Związek Lekkiej Atletyki. Zawody oczywiście były klubowe, dlatego pojechałam tam ekipą: trener, Anka, Julka i Amy. Dystans, na jaki startowałam to 2000 m. Był to mój pierwszy start na taką długość, dlatego bieg był wiadomo życiówką. Czas okazał się być bardzo dobrym wynikiem, mimo że nie klasyfikowanym przez PZLA, gdyż 2000 m nie jest dystansem "zawodowym".  Polecenie trenera było jasne: zejść poniżej 7 minut. Udało się!!! :)

Mój wynik: 6:57:23

A to garść zdjęć z tego wydarzenia autorstwa mojego trenera. Mój numer: 278 :)